Trad. José M. Sáenz
El hombre sin atributos I (cap. 16)
Al
comienzo de la edad viril se sintió Ulrich engolfarse en una bonanza
universal que, a pesar de pequeños remolinos pasajeros rápidamente
sosegados, se mantenía en una calma aburrida y pesada. Hubiera sido
difícil decir en qué consistió aquella transformación. ¿Habían
disminuido en el mundo las personas de ingenio? ¡Nada de eso! Por otra
parte, no importa mucho; las transformaciones de una época no dependen
sólo de los hombres; por ejemplo, la carencia de espiritualidad en los
años entre los sesenta y los ochenta no pudo impedir el desarrollo de
Hebbel y de Nietzsche, así como ninguno de estos dos lograron poner
límite a la falta de espiritualidad de sus contemporáneos. ¿Languidecía
acaso la vida? No; ¡se había hecho más poderosa! ¿Se daban más
contradicciones que antes para impedir el desarrollo? Eran tantas que no
podían aumentar en número. ¿Se habían abstenido en el pasado de cometer
errores? ¡Incurrieron en muchísimos! Sea dicho esto entre nosotros:
gente mediocre consiguió apoyo y hombres de valor quedaron abandonados;
imbéciles recibieron cargos gubernativos, y grandes talentos
representaron simplemente el papel de tipos originales; el hombre
alemán, indiferente a todos los dolores de aquel parto para él
exagerados, decadentes y morbosos, leía tranquilo sus revistas
ilustradas, y visitaba los palacios de cristal y las casas de artistas
con mayor asiduidad que las exposiciones de los secesionistas; el mundo
político no se cuidaba ya de las opiniones de los hombres nuevos y de
sus revistas, y las instituciones públicas se distanciaban del espíritu
nuevo como de la peste. ¿Se puede ahora afirmar tranquilamente que desde
entonces ha mejorado todo? Hombres que antes figuraban tan sólo a la
cabeza de pequeñas sectas se han transfigurado entretanto en viejas
eminencias; editores y comerciantes se han enriquecido; a menudo se
funda un movimiento nuevo; el público de todo el mundo visita tanto los
palacios de cristal como las muestras de las secesiones y las secesiones
de las secesiones; las revistas familiares se han cortado el pelo; los
hombres de Estado gustan mostrarse aferrados a las artes de la cultura, y
los periódicos escriben historia de la literatura. ¿Qué es, pues, lo
que se ha extraviado?
Algo inamovible. Un semáforo. Una ilusión. Como
si un imán soltara las limaduras de hierro y de nuevo las atrajera
todas revueltas. Como si los hilos se desprendieran del ovillo. Como si
se desunieran los vagones de un tren. Como si una orquesta se equivocara
a los primeros compases. No se podía señalar una sola cosa que antes no
hubiera sido factible, pero todas las relaciones habían cambiado un
poco. Ideas, que antes parecían de escasa validez, adquirían
consistencia. Personas sin mayor relieve se hacían famosas. La aspereza
se pulía, divergencias tornaban a converger, los independientes pactaban
con el éxito, el gusto ya definido volvía a hacerse inconstante. Las
líneas fronterizas, enérgicamente trazadas, eran borradas en todas
partes, y una nueva e indescriptible tendencia a aparentar animaba a
gente nueva e inspiraba nuevos conceptos. Éstos no eran malos, de
seguro; era solamente que se había mezclado demasiado lo malo con lo
bueno, el error con la verdad, la acomodación con el convencimiento.
Esta mezcolanza parecía existir en composición con una quinta esencia,
con un sucedáneo que, a pesar de su humildad, bastaba para hacer que el
genio apareciera verdaderamente genial, y un talento auténtica promesa,
así como, según algunos, sólo una cierta dosis de cebada o de achicoria
es suficiente para dar al café la verdadera esencia de café. De repente,
los más privilegiados e importantes puestos del espíritu quedaron
ocupados por gente de tal género, y todo se decidía a su modo. La culpa
no la tenía nadie, ni se puede describir cómo había ocurrido todo eso.
Sería injusto acusar a personas y atribuirlo a ideas o a determinados
fenómenos. No era falta de ingenio ni de buena voluntad, como tampoco de
caracteres; era falta tanto de todos como de nadie; se diría que la
sangre o el aire se había mudado, una enfermedad misteriosa había
destruido la pequeña genialidad de un principio, pero todo resplandecía
con nuevo fulgor y, al final, no se sabía si el mundo había empeorado
realmente o más bien había envejecido. En ese momento empezó por fin una
nueva era.
Así cambiaron los tiempos, como un día que comienza
teñido de azul y poco a poco se va cubriendo de nubes; aquéllos no
habían tenido la cortesía de esperar a Ulrich. Él recompensó por eso a
su siglo calificando de vulgar estupidez la causa de las misteriosas
alteraciones que engendraron la enfermedad destruyendo el genio. Por
descontado que lo hizo sin intención de ofender. Pues si la necedad no
fuera internamente semejante al talento ni se confundiera con él, si por
fuera no apareciera encarnada en el genio, en el progreso, en la
esperanza y en el perfeccionamiento, nadie querría ser necio, y la
necedad no existiría. Al menos, sería muy fácil de combatir. Pero
desgraciadamente posee un algo simpático y natural. Si se advierte, por
ejemplo, que una oleografía es una producción más artística que un
cuadro pintado a mano, esto encierra también una verdad, y es de más
fácil demostración que la grandeza pictórica de Van Gogh. Por lo mismo
resulta muy sencillo y grato ser un dramaturgo más persuasivo y
conmovedor que Shakespeare, o un narrador más equilibrado y armónico que
Goethe; y en un auténtico lugar común se encuentra siempre más
humanidad que en un nuevo descubrimiento. No existe una sola idea
importante de la que la necedad no haya sabido servirse; ésta es
universal y versátil, y puede ponerse todos los vestidos de la verdad.
La verdad, en cambio, tiene un solo traje y un único camino para cada
vez, y acarrea siempre desventaja.



Fotografías de André Kertész
Tłum. Krzysztof Radziwiłł, Kazimierz Truchanowski, Janina Zeltzer
Człowiek bez właściwości I (rozdz. 16)
Wydało
mu się, że na początku swych męskich lat dostał się w atmosferę
bezwietrznej ciszy, która pomimo przygodnych, szybko uspokajających się
wiatrów stopniowo nabierała coraz bardziej beznamiętnego, przerywanego
tętna. Trudno określić, na czym ta zmiana polegała. Czyżby naraz było
mniej wybitnych ludzi? Bynajmniej! A zresztą wcale nie o nich chodzi.
Poziom jakiejś epoki wcale nie od nich zależy, jak na przykład brak
polotu u ludzi z sześćdziesiątych-osiemdziesiątych lat zeszłego wieku
nie zdołał przeszkodzić wybiciu się Hebbla i Nietzschego, choć i oni nie
potrafili przezwyciężyć braku polotu u swych współczesnych. Czyżby
życie ogółu utknęło na martwym punkcie? Przeciwnie, jego siła znacznie
się wzmogła. Czyż było więcej obezwładniających sprzeczności niż
uprzednio? Chyba nie mogło być ich więcej. Czy przedtem nie popełniano
błędów? Masami! Między nami mówiąc, przejmowano się losem ludzi słabych,
a nie zważano na mocnych. Zdarzało się, że głupcy odgrywali rolę
wodzów, a wielcy ludzie uchodzili za dziwaków. Przeciętny Niemiec, nie
zważając na bóle porodowe nowej epoki, które nazywał schyłkowymi i
chorobliwymi ekscesami, czytał dalej swe „czasopisma rodzinne” i
odwiedzał w nieporównanie większych tłumach szklane pałace i salony
sztuki niż wystawy secesji. Tym bardziej politycy nie zwracali uwagi na
poglądy nowych ludzi oraz na wydawane przez nich periodyki, a oficjalne
instytucje były nadal otoczone niby kordonem sanitarnym przed wszystkim,
co nowe, jak przed dżumą. Czyż nie można więc po prostu powiedzieć, że
od tego czasu wszystko się polepszyło? Ludzie, którzy dawniej
przewodzili tylko drobnym sektom, stali się teraz sławnymi autorytetami.
Wydawcy i handlarze obrazów wzbogacili się. Ciągle zakłada się coś
nowego. Wszyscy odwiedzają zarówno szklane pałace, jak i wystawy
niezależnych oraz proklamujących się niezależnymi od niezależnych.
„Czasopisma rodzinne” dały sobie przystrzyc włosy na krótko. Mężowie
stanu chełpią się znawstwem w sprawach kultury i sztuki, a gazety
uprawiają historię literatury. Ale coś się jednak zatraciło.
Coś
nieuchwytnego. Jakiś znak. Jakieś złudzenie. Jak gdyby magnes tracił
siły przyciągania i cząsteczki żelaza znowu się rozpraszały. Jak gdyby
nici wysnuwały się z kłębka. Jak gdyby pochód się rozwiązał lub
orkiestra zaczęła fałszować. Ostatecznie nie dałoby się wykazać żadnych
ścisłych szczegółów, które nie byłyby możliwe i przedtem, ale wszystkie
proporcje nieco się przesunęły. Pojęcia, których znaczenie było dawniej
skąpe, nabrzmiały. Osoby, które dawniej nie były uznawane za
pełnowartościowe, stały się sławne. Co było szorstkie, wygładziło się.
Co było rozłączone, znów się łączyło. Niezależni szli na kompromis z
tymi, co ich oklaskiwali. Wyrobiony smak stał się znów niepewny.
Wszędzie zatarły się ostre granice i jakaś nowa, trudna do opisania
zdolność do spowinowacenia się podciągała wzwyż nowych ludzi i nowe
idee. Idee te nie były złe, na pewno nie. Ale trochę za wiele tandety
było domieszane do tego, co dobre, omyłek do prawdy, a oportunizmu do
tego, co miało rzeczywiste znaczenie. Zdawało się, że istnieje w tej
mieszance optymalny procent, który dawał największe osiągnięcia, drobna,
ale wystarczająca domieszka surogatu, która powodowała, że geniusz
dopiero wyglądał genialnie, a talent obiecująco, tak jak ściśle
określona domieszka cykorii lub kawy figowej zdaniem niektórych ludzi
nadaje dopiero kawie pełną wartość. I naraz wszystkie uprzywilejowane i
ważne stanowiska w dziedzinie intelektualnej dostały się takim ludziom i
wszystkie rozstrzygnięcia zapadały po ich myśli. Nie da się zrzucić
odpowiedzialności za to na kogokolwiek. Nie da się też powiedzieć, w
jaki sposób to wszystko się stało. Nie można walczyć ani przeciwko
poszczególnym osobom, ani ideom czy określonym zjawiskom. Nie brakowało
ani talentów, ani dobrej woli, ani nawet charakterów. Tylko że tak samo
można było powiedzieć, iż nie brak niczego, jak i że wszystkiego brak.
Jakby krew czy powietrze się odmieniły, a jakaś tajemnicza choroba
zżarła zarodki genialności poprzedniej epoki, choć wszystko lśni jak
nowe, i w końcu nie wiemy już, czy świat istotnie stał się gorszy, czy
tylko myśmy się zestarzeli. Po czym definitywnie nastały nowe czasy.
I
tak czasy się zmieniły jak dzień, który zaczyna się błękitnie i
promiennie, a potem zasnuwa się powoli mgłą. No i nie były na tyle
uprzejme, aby zaczekać na UIricha. Odpłacił on im za to twierdząc, że
przyczyną tajemniczych zmian, które stanowiły chorobę wyniszczającą
genialność, była zwykła głupota, chociaż wcale nie w obraźliwym
znaczeniu tego słowa. Gdyby głupota od wewnątrz nie była do złudzenia
podobna do talentu, a z zewnątrz nie mogła uchodzić za postęp,
genialność, nadzieję i ulepszenie, nikt chyba nie zgodziłby się być
głupi i głupota w ogóle by nie istniała. A w każdym razie byłoby nad
wyraz łatwo ją zwalczać. Niestety jednak głupota ma w sobie coś
niezwykle zniewalającego i naturalnego. Kiedy na przykład ktoś uważa, że
oleodruk jest kunsztowniejszym osiągnięciem od namalowanego ręcznie
obrazu, jest w tym coś z prawdy i łatwiej tę opinię udowodnić niż to, że
van Gogh był wielkim artystą. Również jest rzeczą nader łatwą i
opłacalną być dramaturgiem, bardziej dynamicznym od Szekspira lub
powieściopisarzem bardziej wyrównanym od Goethego. Prawdziwy komunał
jest mimo wszystko bardziej ludzki niż jakieś nowe odkrycie. Nie ma
chyba żadnego pomysłu, o większym znaczeniu, którego by głupota nie
potrafiła wykorzystać. Umie poruszać się we wszystkich kierunkach i
przywdziać każdą szatę prawdy. Prawda natomiast ma zawsze tylko jedną
szatę i jedną jedyną drogę i dlatego znajduje się zawsze w sytuacji
mniej korzystnej.
Der Mann Ohne Eigenschaften I (Kap. 16)
Es kam Ulrich vor, daß er
beim Beginn der Mannesjahre in ein allgemeines Abflauen geraten war,
das trotz gelegentlicher, rasch sich beruhigender Wirbel zu einem immer
lustloseren, wirren Pulsschlag verrann. Es ließ sich kaum sagen, worin
diese Veränderung bestand. Gab es mit einemmal weniger bedeutende
Männer? Keineswegs! Und überdies, es kommt auf sie gar nicht an; die
Höhe einer Zeit hängt nicht von ihnen ab, zum Beispiel hat weder die
Ungeistigkeit der Menschen der Sechziger- und Achtziger jähre das Werden
Hebbels und Nietzsches zu unterdrücken vermocht, noch einer von diesen
die Ungeistigkeit seiner Zeitgenossen. Stockte das allgemeine Leben?
Nein; es war mächtiger geworden! Gab es mehr lähmende Widersprüche als
früher? Es konnte kaum mehr davon geben! Waren früher keine
Verkehrtheiten begangen worden? In Mengen! Unter uns gesagt: Man warf
sich für schwache Männer ins Zeug und ließ starke unbeachtet; es kam
vor, daß Dummköpfe eine Führer- und große Begabungen eine
Sonderlingsrolle spielten; der deutsche Mensch las unbekümmert um alle
Geburtswehen, die er als dekadente und krankhafte Übertreibungen
bezeichnete, seine Familienzeitschriften weiter und besuchte in
unvergleichlich größeien Mengen die Glaspaläste und Künstlerhäuser als
die Sezessionen; die Politik schon gar kehrte sich nicht im geringsten
an die Anschauungen der neuen Männer und ihrer Zeitschriften, und die
Öffentlichen Einrichtungen blieben gegen das Neue wie von einem
Pestkordon umzogen. — Könnte man nicht geradezu sagen, daß seither alles
besser geworden sei? Menschen, die früher bloß an der Spitze kleiner
Sekten gestanden haben, sind inzwischen alte Berühmtheiten geworden;
Verleger und Kunsthändler reich; Neues wird immer weiter gegründet; alle
Welt besucht sowohl die Glaspaläste wie die Sezessionen und die
Sezessionen der Sezessionen; die Familienzeitschriften haben sich die
Haare kurz schneiden lassen; die Staatsmänner zeigen sich gern in den
Künsten der Kultur beschlagen, und die Zeitungen machen
Literaturgeschichte. Was ist also abhanden gekommen?
Etwas
Unwägbares. Ein Vorzeichen. Eine Illusion. Wie wenn ein Magnet die
Eisenspäne losläßt und sie wieder durcheinandergeraten. Wie wenn Fäden
aus einem Knäuel herausfallen. Wie wenn ein Zug sich gelockert hat. Wie
wenn ein Orchester falsch zu spielen anfängt. Es hätten sich
schlechterdings keine Einzelheiten nachweisen lassen, die nicht auch
früher möglich gewesen wären, aber alle Verhältnisse hatten sich ein
wenig verschoben. Vorstellungen, deren Geltung früher mager gewesen war,
wurden dick. Personen ernteten Ruhm, die man früher nicht für voll
genommen hätte. Schroffes milderte sich, Getrenntes lief wieder
zusammen, Unabhängige zollten dem Beifall Zugeständnisse, der schon
gebildete Geschmack erlitt von neuen Unsicherheiten. Die scharfen
Grenzen hatten sich allenthalben verwischt, und irgendeine neue, nicht
zu beschreibende Fähigkeit, sich zu versippen, hob neue Menschen und
Vorstellungen empor. Die waren nicht schlecht, gewiß nicht; nein, es war
nur ein wenig zu viel Schlechtes ins Gute gemengt, Irrtum in die
Wahrheit, Anpassung in die Bedeutung. Es schien geradezu einen
bevorzugten Prozentsatz dieser Mischung zu geben, der in der Welt am
weitesten kam; eine kleine, eben ausreichende Beimengung von Surrogat,
die das Genie erst genial und das Talent als Hoffnung erscheinen ließ,
so wie ein gewisser Zusatz von Feigen- oder Zichorienkaffee nach Ansicht
mancher Leute dem Kaffee erst die rechte gehaltvolle Kaffeehaftigkeit
verleiht, und mit einemmai waren alle bevorzugten und wichtigen
Stellungen des Geistes von solchen Menschen besetzt, und alle
Entscheidungen fielen in ihrem Sinne. Man kann nichts dafür
verantwortlich machen. Man kann auch nicht sagen, wie alles so geworden
ist. Man kann weder gegen Personen noch gegen Ideen oder bestimmte
Erscheinungen kämpfen. Es fehlt nicht an Begabung noch an gutem Willen,
ja nicht einmal an Charakteren. Es fehlt bloß ebensogut an allem wie an
nichts; es ist, als ob sich das Blut oder die Luft verändert hätte, eine
geheimnisvolle Krankheit hat den kleinen Ansatz zu Genialem der
früheren Zeit verzehrt, aber alles funkelt von Neuheit, und zum Schluß
weiß man nicht mehr, ob wirklich die Welt schiechter geworden sei oder
man selbst bloß älter. Dann ist endgültig eine neue Zeit gekommen.
So
hatte sich also die Zeit geändert, wie ein Tag, der strahlend blau
beginnt und sich sacht verschleiert, und hatte nicht die Freundlichkeit
besessen, auf Ulrich zu warten. Er vergalt es seiner Zeit damit, daß er
die Ursache der geheimnisvollen Veränderungen, die ihre Krankheit
bildeten, indem sie das Genie aufzehrten, für ganz gewöhnliche Dummheit
hielt. Durchaus nicht in einem beleidigenden Sinn. Denn wenn die
Dummheit nicht von innen dem Talent zum Verwechseln ähnlichsähe, wenn
sie außen nicht als Fortschritt, Genie, Hoffnung, Verbesserung
erscheinen könnte, würde wohl niemand dumm sein wollen, und es würde
keine Dummheit geben. Zumindest wäre es sehr leicht, sie zu bekämpfen.
Aber sie hat leider etwas ungemein Gewinnendes und Natürliches, Wenn man
zum Beispiel findet, daß ein Öldruck eine kunstvollere Leistung sei als
ein handgemaltes Ölbild, so steckt eben auch eine Wahrheit darin, und
sie ist sicherer zu beweisen als die, daß van Gogh ein großer Künstler
war. Ebenso ist es sehr leicht und lohnend, als Dramatiker kräftiger als
Shakespeare oder als Erzähler ausgeglichener als Goethe zu sein, und
ein rechter Gemeinplatz hat immerdar mehr Menschlichkeit in sich als
eine neue Entdeckung. Es gibt schlechterdings keinen bedeutenden
Gedanken, den die Dummheit nicht anzuwenden verstünde, sie ist allseitig
beweglich und kann alle Kleider der Wahrheit anziehen. Die Wahrheit
dagegen hat jeweils nur ein Kleid und einen Weg und ist immer im
Nachteil.

No hay comentarios:
Publicar un comentario